jesteś na stronie klasztoru Centrum św. Maksymiliana
Franciszek Gajowniczek urodził się 15 listopada 1901 roku w Strachominie pod Warszawą (dziś to część stolicy). Dorastał w czasach, gdy Polski nie było na mapie – w realiach zaboru rosyjskiego, w ubogiej, chłopskiej rodzinie. Wychowywał się w świecie, który uczył, jak żyć bez wolności, a jednocześnie marzyć o jej odzyskaniu.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku podjął służbę wojskową. Został zawodowym podoficerem Wojska Polskiego, pełniąc służbę w 77. pułku piechoty w Lidzie. Był człowiekiem obowiązkowym i zdyscyplinowanym, cenionym przez przełożonych.
Założył rodzinę – ożenił się z Heleną, z którą doczekał się dwóch synów. Wydawało się, że jego życie będzie toczyć się zwyczajnym rytmem – wojsko, dom, rodzina. Jednak wybuch II wojny światowej przekreślił te plany.
We wrześniu 1939 roku Gajowniczek walczył w kampanii obronnej przeciw Niemcom. Został ranny, a następnie dostał się do niewoli. Początkowo trafił do obozu jenieckiego w Nowym Wiśniczu, skąd w 1940 roku przewieziono go do Auschwitz – niemieckiego obozu koncentracyjnego, który dopiero zaczynał rosnąć w straszliwą machinę zagłady.
Otrzymał numer obozowy 5659. Od tej chwili nie był już Franciszkiem, mężem i ojcem – był numerem.
Codzienność w obozie to głód, choroby, bicie, nieludzka praca. Gajowniczek, jak inni więźniowie, walczył o przetrwanie dnia. Mimo skrajnego cierpienia, myśl o żonie i dzieciach dodawała mu sił, by przeżyć.
Latem 1941 roku wydarzyło się coś, co na zawsze odmieniło jego życie. Po ucieczce jednego z więźniów komendant Karl Fritzsch zarządził karę – dziesięciu skazanych na śmierć głodową.
Nazwisko Gajowniczka padło wśród wybranych. Zrozpaczony wykrzyknął: „Moja żona! Moje dzieci!”. Wtedy z szeregu wyszedł więzień w pasiaku, franciszkanin – ojciec Maksymilian Maria Kolbe, numer 16670. Stanął przed oficerem i spokojnie powiedział:
„Chcę pójść do bunkra za tego młodego. Jestem stary i schorowany. Moje życie nie jest tak potrzebne, jak jego. On jest młody, ma żonę i dzieci.”
Niemcy, zaskoczeni tą propozycją, zgodzili się. Gajowniczek został odepchnięty na bok. Kolbe poszedł do bunkra głodowego, by oddać życie w jego miejsce.
Franciszek ocalał. Po tym wydarzeniu nadal przebywał w Auschwitz aż do 1944 roku, kiedy został przeniesiony do obozu w Sachsenhausen. Tam doczekał końca wojny – w kwietniu 1945 roku wyzwoliły go wojska amerykańskie.
Po wojnie wrócił do Polski, gdzie odnalazł żonę Helenę. Ich dwóch synów zginęło w 1945 roku, prawdopodobnie w nalocie podczas działań wojennych.
Gajowniczek osiadł w Brzegu na Opolszczyźnie. Żył skromnie jako inwalida wojenny i podejmował różne prace. Przez lata spotykał się z ludźmi w Polsce i za granicą, opowiadając o wydarzeniach z Auschwitz i o tym, jak został ocalony przez ojca Maksymiliana Kolbego.
W 1971 roku był obecny w Rzymie podczas beatyfikacji o. Maksymiliana. W 1982 roku znów stanął na Placu św. Piotra – tym razem na kanonizacji. Obecność Gajowniczka, żywego świadka ofiary, była dla papieża Jana Pawła II i dla całego świata znakiem niezwykłej mocy tej historii.
Franciszek Gajowniczek zmarł 13 marca 1995 roku w Brzegu, mając 93 lata. Został pochowany na cmentarzu przy klasztorze w Niepokalanowie – miejscu, które stworzył jego wybawca.
Nie był świętym. Nie był bohaterem w sensie wojskowych odznaczeń czy pomników. A jednak jego życie – ocalone przez miłość innego człowieka – stało się świadectwem, którego świat nie zapomni.